Szwaczki Anno Domini 2006: wyścig pracy (kapitalistycznej)

Gdzie Bozia da, tam się pracuje. Co Bozia da, to się szyje – stwierdza filozoficznie pani Teresa, jedna z tysięcy łódzkich szwaczek-wędrowniczek, co to niejeden już zakład zaliczyły, raz na czarno, raz „na legalu”. Tych, co doskonale wiedzą, ile bluzek trzeba uszyć do najbliższej soboty, ale pojęcia nie mają, jaki będzie ich los w poniedziałek.

Podwórko typu studnia, ulica Gdańska w Łodzi. W prawej oficynie – szwalnia większa, z szyldem. W lewej – mniejsza, z kartką w kratkę nieśmiało przyklejoną do szyby. W tej pierwszej przez otwarte okna widać i słychać – praca wre. Co dzieje się w mniejszej, trudno powiedzieć. Na oknach zaciągnięte żaluzje. Drzwi nikt nie otwiera. Kilkadziesiąt metrów dalej, w bramie na Wólczańskiej, tylko po stukocie dochodzącym gdzieś spod ziemi można się domyślić, że ktoś coś dla kogoś szyje. Ale co dokładnie – tego nawet sąsiedzi nie wiedzą.

Takich szwalni są w Łodzi setki. Pochowane w piwnicach, pofabrycznych halach, czy zwykłych mieszkaniach. Szyją towar dla hurtowni zaopatrujących bazary. Dużych zakładów odzieżowych zostało w Łodzi zaledwie kilka. Kiedy skończył się socjalizm, większość z nich upadła, a na bruk trafiły tysiące szwaczek. Okazuje się jednak, że wiele z nich nie najgorzej poradziło sobie w nowej rzeczywistości. Fakt: warunki w małej szwalni są spartańskie, a robota tymczasowa, często na czarno. Tyle, że w „podziemiu” zarobki sięgają nawet 2 tysięcy złotych na rękę. A prasowe ogłoszenia zdają się świadczyć, że pracy w zawodzie jest pod dostatkiem. W ostatniej „Gratce” pod hasłem „zatrudnię szwaczkę” – 72 anonse! Szwaczek poszukujących pracy – tylko dwie.

To jednak tylko część prawdy.

Trudno o dobrą dziewczynę

– Bezrobocia wśród szwaczek nie ma – wyrokuje Ryszard Pietrzyk, prezes Eldaru, łódzkiej firmy szyjącej damską bieliznę. – Owszem, kiedy damy ogłoszenie do gazety, przychodzi do nas wiele kobiet, pytając, czy nie mamy pracy, ale... chodzi im o pracę na czarno. Bo tak im się opłaca, gdyż mają zasiłek, a może nawet zwolnienie lekarskie w innej firmie. Zainteresowanie legalną pracą jest niewielkie – twierdzi Pietrzyk, przyznając, że zdarzyło mu się niefortunnie zatrudnić osoby, które ledwie pracę rozpoczęły, od razu doręczały półroczne zwolnienia i szły pracować na czarno gdzie indziej.

Podobne doświadczenia są udziałem Mikołaja Habita, wiceprezesa szyjącego męskie płaszcze Próchnika. Jego firma od dawna ma problemy z zatrudnianiem nowych szwaczek: – Regularnie zamieszczamy w gazetach ogłoszenia, robimy wycieczki do szkoły odzieżowej, do urzędów pracy... i niewiele z tego wynika. Z ogłoszenia mało, kto się sprawdza. Absolwenci odzieżówek mają znikome pojęcie o szyciu odzieży ciężkiej. W urzędzie pracy dużego zainteresowania legalną pracą wśród szwaczek nie ma. Oceniam, że nawet połowa z nich zarejestrowała się w pośredniaku tylko dla ubezpieczenia, a tak w ogóle to pracuje na czarno. Zorganizowaliśmy tam niedawno prezentację naszej firmy. Po spotkaniu połowa sali wyszła bez jednego pytania, bez najmniejszego zainteresowania. Cóż, nie jesteśmy konkurencyjni pod względem płac. Jako spółka akcyjna płacimy ZUS, składki i podatki. Nie mogę dać dwóch tysięcy na rękę, jak to czynią firmy garażowe – mówi Habit.

Habit narzeka przy tym na niskie kwalifikacje szwaczek. Te, które trafiają do Próchnika, zazwyczaj mają problemy z pracą na linii produkcyjnej. Dotąd przeszywały coś w pojedynkę w domu, teraz nie potrafią się przystosować do pracy taśmowej, w zespole.

Inaczej jest w małych zakładach, choć w rezultacie i tak kończy się tym samym: niezadowoleniem szefa.

– Brakuje fachowców. Panie chcą szyć tylko proste rzeczy, żeby było szybko, bo płacą od sztuki. A szybko oznacza byle jak. Biorę do ręki i widzę: a to krzywo przeszyte, a to się marszczy – tłumaczy właścicielka małej łódzkiej szwalni, od sześciu lat prowadząca z mężem ten biznes, w zależności od potrzeb zatrudniająca 3-4 osoby. – Często jest tak, że przychodzi pani do pracy, uszyje jedną sztukę i odchodzi. Stwierdza, że jej się nie opłaca albo coś innego się nie podoba. O dobrą dziewczynę naprawdę dziś trudno. Te młode nie mają doświadczenia, często nawet szkół pokończonych. Starsze nie potrafią z kolei pracować w małym zakładzie. Bo praca tu wygląda zupełnie inaczej niż w dużej fabryce. Tam jest podział pracy. Jedna szyje przez pięć lat kołnierzyki, druga rękawki, trzecia jeszcze coś innego. A u mnie jedna osoba musi uszyć całość. Mało, która to potrafi. Są oczywiście dziewczyny myślące, które wiedzą, jak ze sobą połączyć elementy. Nad innymi trzeba jednak stać i wszystko tłumaczyć – dodaje kobieta.

Szwaczki-wędrowniczki

Druga strona medalu jest zupełnie inna, a świat widziany z perspektywy łódzkich szwaczek wcale nie wygląda tak różowo, jak wyobrażają to sobie ich szefowie.

Joanna, lat trzydzieści kilka, w zawodzie – od piętnastu. Do szkoły odzieżowej poszła z zamiłowania. Marzyła o własnej pracowni krawieckiej. Nie wyszło, bo do tego potrzeba pieniędzy. Nowe marzenia skrojone są na nieco mniejszą miarę: teraz chciałaby zostać brygadzistką. Czy kiedykolwiek zostanie, nie wiadomo, bo na razie ma dość.

– Wyzysk w tej branży jest koszmarny. Z piętnastu lat prawie połowę przepracowałam na czarno. Nie wiem, czy w ten sposób kiedykolwiek dosłużę się emerytury. W ostatniej firmie pracuję już trzy lata. Szefowie obiecywali, że zalegalizują moją pracę, ale wciąż tego nie zrobili. Boję się, ale w końcu upomnę się o rejestrację. Jestem gotowa płacić...

... Bo, jak opowiada pani Teresa, inna łódzka szwaczka z wieloletnim doświadczeniem, bez płacenia w takiej sytuacji i w takich firmach zazwyczaj się nie obejdzie. – Jeśli dziewczyny chcą być zarejestrowane w ZUS, muszą zwrócić szefowi połowę kosztów, które ponosi jako pracodawca. Czasem nawet płacą całość – twierdzi Teresa.

Teresa z niejednego pieca chleb już jadła. Pracowała legalnie i na czarno, w zakładach lepszych i gorszych. W tych drugich – zdecydowanie częściej. O pracy na czarno powiedzieć może dużo i tylko w najgorszych słowach. Wysokie zarobki? To mit. Warunki – koszmarne. O fartuchach, papierze toaletowym, mydle, ręcznikach, apteczce nie ma, co marzyć. Tyle, co same z domu przyniosą. Jeden zakład, w którym pracowała, był zwykłą budą z blachy falistej. Szef wstawił jakieś piecyki, ale i tak zimno było nie do zniesienia. Wszystkie chodziły z czerwonymi gardłami i kapiącymi nosami.

– Oczywiście o takich fanaberiach, jak choroba czy zwolnienie, mowy nie ma. Odpadasz, twoja strata – mówi Marta, młoda dziewczyna, stawiająca pierwsze kroki w branży. Oczywiście na czarno, bo tylko tak można zacząć bez papierów i doświadczenia.

Bolesław Bartnik, wiceprzewodniczący Federacji Związków Zawodowych Przemysłu Lekkiego, ocenia: – W takich firmach panuje wolnoamerykanka. Jak właściciel załapie kontrahenta, który chce tysiąc sztuk na sobotę, to nie patrzy, że dziewczyny pracują 12 godzin czy więcej – mówi Bartnik. Jedna ze szwaczek dodaje: – Znajomą wysłali z kuroniówki do pracy w jednym zakładzie. A tam robota od 5 rano do 6 wieczorem. Teraz to się nazywa dyspozycyjność. Poskarżyła się w pośredniaku. Powiedzieli, że to przecież niemożliwe. No to wróciła do firmy, żeby jej napisali, że nie nadaje się do pracy...

Nielegalnie za kotarą

W Łodzi pracuje przynajmniej kilkanaście tysięcy szwaczek. Trudno jednak oszacować dokładną liczbę, podobnie nie sposób powiedzieć, ile działa zakładów – rozmiary szarej strefy nie są znane, do tego dochodzi ogromna rotacja. Praca raz jest, raz jej nie ma. Jednego dnia maszyny w zakładzie stukają miarowo, drugiego po firmie nie ma śladu. Bywa i tak, jak w poprzednim zakładzie Teresy: pół szwalni szyło oficjalnie za granicę, druga połowa, za kotarą, nielegalnie – na krajowe bazary.

Zarobki w tym zawodzie nie należą do najwyższych, ale też najbardziej obrotne szwaczki na brak pieniędzy nie narzekają. Bolesław Bartnik: – W dużym zakładzie zarabiają około 1200 złotych brutto. W szwalni, na czarno, mogą wyciągnąć miesięcznie nawet 2 tysiące na rękę.

– Niestety, jest coraz gorzej. 10 lat temu zarabiałam 2 tysiące, będąc w zaawansowanej ciąży – mówi Joanna.

Coraz mniej jest szwaczek pamiętających czasy wielkich zakładów państwowych. Tych, które cenią sobie stabilizacje, pracę do godziny 14, świadczenia, pewne wynagrodzenie i planowy urlop. Wiele przeszło na emerytury, albo od lat są na bezrobociu.

– Inaczej jest z młodymi dziewczynami. Widzą, że koleżanka kupiła ciuch, wyjechała na zagraniczną wycieczkę. Gonią, więc za robotą na czarno. Też chcą szybko zarobić. Myślenie o emeryturze odkładają na później – mówi Bartnik.

Złote lata

Jak przekonuje Joanna, na rynku wiele jest osób przypadkowych, bez wystarczających kwalifikacji. Im rzeczywiście trudno czasem znaleźć pracę, choćby nielegalną. To ofiary dawnych dobrych czasów.

– W latach dziewięćdziesiątych branża przeżywała złote dni. Kwitł handel z Rosją, szyło się na potęgę. Zarobki były takie, że ludzie szli na żywioł. Rzucali dotychczasową robotę, kończyli kursy, na gwałt przyuczali się do zawodu. A potem handel z Rosją się skończył. Interesy padły, a ludzie potracili pracę. Do dziś szukają jej bezskutecznie. Bo nie potrafią szyć. Nie dziwię się pracodawcom, że ich nie chcą – mówi Joanna.

Nie najlepiej jest na linii szefowie – pracownice, a i same kobiety nie ułatwiają sobie częstokroć życia. Teresa: – Wiadomo, jak to jest między kobietami. W takich firmach panuje wielka zawiść. Kiedy jedna wlezie na overlock, pozostałe są wściekłe. Każda chce mieć maszynę jak najszybciej dla siebie. Przecież płacą od sztuki.

Joanna: – Jak szefowie są w porządku, nie dopuszczają do takich sytuacji. Ale często szwaczka z dziesięcioletnim stażem w firmie to jest taka wyga, że wszystkie maszyny są tylko jej. Młodym jest ciężko. Kiedy zaczynałam pracę w ostatnim zakładzie, dziewczyny patrzyły na mnie z taką wrogością, jakbym chciała im chleb od ust odjąć.

Zazwyczaj szwaczki pracują na starym zdezelowanym sprzęcie. Właściciele garażowych zakładów często kupują maszyny na przetargach organizowanych przez syndyków firm, które ogłosiły upadłość.

W łódzkich szwalniach śladów po wieku XIX już nie widać, ale w wiek XXI zdecydowana większość z nich nie weszła i długo jeszcze nie wejdzie.

11 marzec 2006r., Piotr Brzózka, Dziennik Łódzki

Federacja Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych Przemysłu Lekkiego

Plac Zwycięstwa 13, 90-047 Łódź