Jak
Polska stała się statystycznym rajem
Czy Polska to kraj
powszechnej szczęśliwości i bogactwa? Wbrew powszechnemu stereotypowi Polakom
nie żyje się gorzej, lecz lepiej niż kilka lat temu - twierdzi socjolog prof.
Janusz Czapiński w głośnej "Diagnozie społecznej". - Jest nieco
lepiej, ale nie dużo lepiej - komentują inni eksperci
Jak się żyje w Polsce? - pytał autora "Diagnozy" w
"Polityce" Jacek Żakowski. - Fantastycznie - opowiedział prof. Janusz
Czapiński. - Żartuje pan? - nie wierzył Żakowski. - Ani trochę. Kraj-raj po
prostu.
"Diagnoza społeczna" to badanie o ogromnej skali. Socjologowie i
ekonomiści pod wodzą prof. Janusza Czapińskiego już po raz trzeci odpytali
kilkanaście tysięcy osób. W 2000, 2003 i 2005 r. pytali szczegółowo m.in. o to,
jak im się powodzi.
Wyniki badania - w ostatnich tygodniach szeroko omawiane w mediach - wprawiły
wielu ekspertów w konsternację. Wynika z nich, że: • Dużej części Polaków
udało się uciec z wykluczenia społecznego. • Rozwarstwienie między
bogatymi i biednymi się w naszym społeczeństwie już nie powiększa. •
Dochody we wszystkich grupach społecznych statystycznie się zwiększyły, i to
znacznie. • Coraz większej liczbie Polaków - już prawie trzem czwartym -
wystarcza do pierwszego.
Czy staliśmy się już krajem powszechnej szczęśliwości? Część ekonomistów i
socjologów uważa, że to bardzo jednostronna interpretacja. Rozstrzygnąć ten
spór jest bardzo trudno. W piątek dyskutowali o tym autorzy
"Diagnozy" oraz eksperci Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, Centrum
Analiz Społeczno-Ekonomicznych i GUS.
Ale po kolei.
Ilu wykluczonych?
Zdaniem Ireny Topińskiej, ekonomistki z Uniwersytetu Warszawskiego i Centrum
Analiz Społeczno-Ekonomicznych, w mediach nagłośnione zostały tylko te wyniki,
które są optymistyczne. - Przeczytałam ten raport i wcale tam nie ma
powszechnego optymizmu, świat wcale nie jest tak jednobarwny w oczach Polaków.
Przybywa ludzi, którzy uważają, że ich sytuacja uległa pogorszeniu. Więcej osób
potwierdza, że nie opłaciło rachunków za czynsz, prąd itp. - tłumaczy ekspertka
zajmująca się problematyką biedy.
Poza tym uczestnicy piątkowej dyskusji polemizują z częścią wyników. Czy w
ciągu dwóch lat aż jednej trzeciej osób udało się uciec z wykluczenia
społecznego, czyli życia poniżej progu ubóstwa? Prof. Stanisława Golinowska z
Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych i
wieloletni współpracownik CASE ma wątpliwości, czy ta teza wynikająca z
panelowych badań sondażowych może zostać uogólniona.
- Ankieterzy, którzy przepytują uczestników tego typu badań, do najgłębszych
obszarów biedy i wykluczenia społecznego po prostu nie docierają. Ponadto tak
szerokie badanie, notabene bardzo ciekawe, nie zapewnia reprezentatywności dla
wielu zmiennych, które są następnie przedmiotem uogólnionej interpretacji -
tłumaczy swoje wątpliwości dotyczące metodologii badania.
Drugi powód wątpliwości wynika z porównania wyników "Diagnozy" z
ogólnymi tendencjami rozwoju społecznego. - Profesor Czapiński pisze, że w
Polsce wykluczenie jest zjawiskiem marginesowym i z niego się łatwo wychodzi.
Jak to możliwe? - zastanawia się prof. Golinowska.
I wylicza długa listę zjawisk, która się wiąże z wykluczeniem: •
długookresowe bezrobocie, które w Polsce utrwala się na poziomie około 10 proc.
populacji aktywnej zawodowo, • znaczna część osób niepełnosprawnych, dla
których możliwości aktywizacji są w Polsce istotnie ograniczone, •
osamotnione lub opuszczone osoby starsze, których przecież przybywa, jako że
podlegamy dość dynamicznemu procesowi starzenia się.
- Nie ma podstaw do wniosku, że wykluczenie społeczne tak radykalnie się
zmniejsza - podsumowuje prof. Golinowska.
Jej zdaniem tak duże zmiany tendencji społecznych występują zwykle w czasach
nadzwyczajnych przemian, a przede wszystkim bardzo wysokiego wzrostu
gospodarczego, wzrostu zatrudnienia i jednocześnie spadku nierówności.
Bogacz nie ucieka biedakowi
Autorzy "Diagnozy" przekonują, że różnice między bogatymi i biednymi
przestają się powiększać. Współautor badania prof. Tomasz Panek z SGH wyjaśnia
to tzw. teorią Kuznetza: - Takie rozwarstwienie pojawia się na początku
transformacji gospodarczej. W pewnym momencie sytuacja się jednak odwraca. I my
właśnie jesteśmy na tym etapie.
Golinowska odpowiada: - Testowanie tej teorii w Polsce dowiodło, że dynamiczny
wzrost nierówności przy wysokim wzroście PKB trwał w Polsce do 1997 r. Potem
obserwowaliśmy spowolnienie wzrostu gospodarczego i spadek zatrudnienia, czego
konsekwencją był wzrost bezrobocia do bardzo wysokiego poziomu. Wrastało
ubóstwo na tle braku pracy. Badania Banku Światowego wyraźnie wskazują, że to
zła sytuacja na rynku pracy jest przyczyną polskiego ubóstwa, największego
wśród krajów rozszerzonej UE. Sytuacja ulega pewnej zmianie począwszy od 2003
r. Wzrost gospodarczy przyspieszył, ale jeszcze bez wzrostu zatrudnienia.
Tymczasem w "Diagnozie" napisano, że od 2000 r. aż o 10 pkt proc.
zmniejszył się udział osób ubogich w społeczeństwie. Dziwi to prof. Golinowską.
- Zasięg ubóstwa na podstawie danych przekrojowych GUS wzrasta od kilku lat, i
to bez względu na próg (tzw. linię ubóstwa), jaki zastosujemy. Trzeba przyznać,
że dane GUS dla lat 2003-04 mówią o pewnym zahamowaniu dynamiki niekorzystnych
tendencji, ale jeszcze nie odwrotu. W "Diagnozie" nie tylko mamy
odwrót, ale dzieje się to na skalę niebotyczną jak na spokojny przecież obecnie
przebieg procesów społecznych.
Jak duże jest rozwarstwienie dochodów Polaków? To zależy jak je zmierzyć.
Według "Diagnozy" u 10 proc. najbiedniejszych Polaków dochody na
osobę wynoszą 280 zł, najbogatszych - 1400. Tak więc dochody najbogatszych są
pięć razy większe od dochodów najbiedniejszych. Dwa lata temu ten współczynnik
wynosił 4,9. Czyli od 2003 r. niewiele się zmieniło.
Co innego mówią dane GUS, który porównuje nie skrajne 10 proc., ale aż 20 proc.
warstwy najbogatszych i najbiedniejszych. Według tych danych różnica między
najbogatszymi i najbiedniejszymi jest aż siedmiokrotna. I do 2004 r. powoli się
powiększała. Danych za ten rok jeszcze nie ma.
Z kolei unijny urząd statystyczny Eurostat stosuje nieco inną metodologię: też
porównuje 20-proc. warstwy, ale liczy nie dochód na osobę, ale łącznie sumę
pieniędzy w kieszeniach najbogatszych i najbiedniejszych. Gdy to porównać,
okaże się że rozwarstwienie jest takie, jakie wychodzi w "Diagnozie"
- pięciokrotna przewaga bogatych.
Dane Eurostatu dają nam dodatkowo możliwość porównania się z innymi państwami.
Okazuje się, że nasz wynik jest bliski średniej unijnej, a większe
rozwarstwienie niż w Polsce panuje w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji,
Estonii i na Litwie - bogaci są blisko sześć razy zamożniejsi od biednych. Na
drugim biegunie są Czesi i Węgrzy - tam przewaga bogatych jest tylko
trzykrotna.
Jak mówi Witold Orłowski, doradca ekonomiczny prezydenta, dla Polaków problemem
nie jest sama skala rozwarstwienia, ale to, że ono nastąpiło. - Dlatego panuje
powszechne przekonanie, że tak złej sytuacji jak Polsce to nie ma nigdzie, co
jest oczywiście nieprawdą - wyjaśnia.
- Rozwarstwienie w Polsce istnieje, ale mitem jest, że jest ono większe niż w
Europie Zachodniej. Tak naprawdę nie odbiegamy od europejskiej normy - mówi
publicysta Waldemar Kuczyński.
Zdaniem Kuczyńskiego z samym zjawiskiem rozwarstwienia dochodów nie należy
walczyć, bo jest ono normalne. - Spłaszczanie tej rozpiętości nie jest
potrzebne. Państwo powinno jedynie walczyć z tymi, którzy uzyskują dochody
nienależnie, nie płacą podatków. A z drugiej strony powinniśmy dbać o to, by
ludzi z dolnych szczebli drabiny dochodowej nie spotykało wykluczenie
społeczne, wyrównywać szanse - tłumaczy.
Co będzie dalej? Irena Topińska zwraca uwagę, że skala rozwarstwienia dochodów
w Polsce może się dosyć szybko zmienić - i to zarówno w jedną, jak i w drugą
stronę. Na przykład rewaloryzacja rent i emerytur je zmniejszy, ale obniżenie
podatków może zwiększyć.
Ponadto jej zdaniem na problem rozwarstwienia nie powinniśmy patrzeć tylko
przez pryzmat dochodów. - Bank Światowy zaleca, by brać pod uwagę tzw. strumień
konsumpcji, czyli dostęp do określonych dóbr i stan posiadania. Np. trzeba
uwzględniać, że niektórzy ludzie - zwłaszcza mieszkający na wsi - mają własne
domy i nie ponoszą wydatków na czynsz.
Kieszenie puchną
A czy jesteśmy bogatsi? Z badań zespołu prof. Czapińskiego wynika, że portfele
wszystkich Polaków stają się coraz pełniejsze. W ciągu dwóch lat średni dochód
netto na osobę wzrósł o 16 proc., podczas gdy w latach 2001-03 - o 10 proc.
Janusz Czapiński wyjaśnia, że nie muszą to być dochody z etatowej pracy, ale z
drugiej, trzeciej, dorabiania w szarej strefie, za granicą.
Najwyższe dochody w przeliczeniu na osobę w gospodarstwie domowym mieli
pracujący na własny rachunek (1074 zł) i - co ciekawe - emeryci (869 zł), mimo
że emerytury przecież nie były rewaloryzowane. Czyżby emeryci zaczęli więcej
dorabiać?
Gdy popatrzyć, jak zmieniły się przeciętne miesięczne dochody w ostatnim roku,
okaże się, że największą poprawę odczuli przedsiębiorcy, pracownicy oraz
emeryci i renciści. I to zarówno w przeliczeniu na osobę, jak i na całe
gospodarstwo domowe.
Zdziwienie ekspertów IPiSS i CASE budzi to, że - według "Diagnozy" -
wzrost dochodów w większości grup społecznych jest bardzo wysoki, w niektórych
przypadkach przekracza nawet 30 proc w ciągu dwóch lat. I to w sytuacji, gdy
socjologowie zgodnie przyznają, że Polacy notorycznie zaniżają swoje dochody.
Dodatkowo prof. Golinowska zauważa, że zazwyczaj wysokiej dynamice dochodów
towarzyszy wzrost ich rozwarstwienia, gdy tymczasem "Diagnoza" mówi
przecież o jego zmniejszaniu.
Ekonomiści nie mają prostej odpowiedzi na pytanie, czy nasze kieszenie
rzeczywiście są coraz pełniejsze. - Być może wynika to z metody tego badania.
Ankieter zapytał: Ile pan zarabia? Człowiek podrapał się w głowę i powiedział:
A tak z 1500. Efekt - wyniki są mało dokładne - tłumaczy Irena Topińska.
Jej zdaniem znacznie bardziej wiarygodne są wyniki badań GUS, który bardzo
precyzyjnie pyta o źródła dochodów, upewnia się, czy na pewno wszystko (np.
premie) zostało uwzględnione. Z kolei Witold Orłowski wierzy, że badania
socjologiczne mają większą szansę na wychwycenie dochodów z szarej strefy, do
których ludzie rzadko się przyznają. Na to wskazuje też prof. Panek. - My nie
pytamy o źródła dochodów, dlatego ludzie są bardziej otwarci.
Przyglądając się wynikom publikowanym przez GUS, nadal można jednak pozostać
optymistą. Nie ma wprawdzie jeszcze danych za 2005 r., ale porównując rok 2004
z 2002 (czyli tak jak w "Diagnozie" odstęp dwuletni), stwierdzimy, że
dochody średnio wzrosły o 10,7 proc. Najbardziej w przypadku pracowników (12
proc.) i przedsiębiorców (11 proc.). Gorzej niż w 2002 r. wiodło się jedynie
rolnikom, choć trzeba pamiętać, że pod koniec 2004 r. zaczęto wypłatę środków
unijnych, które także w tym roku znacząco poprawiły sytuację finansową rodzin
na wsi.
Własna zasługa
Po raz kolejny okazuje się też, że rzeczywista sytuacja ekonomiczna nie jest
zbieżna z jej oceną subiektywną. Gdy spytać ludzi wprost, jak zmienia się ich
sytuacja, 41 proc. ankietowanych stwierdzi, że sytuacja materialna ich rodziny
się pogorszyła.
Witold Orłowski: - W sytuacji gdy z prawej i lewej słyszy się, że sytuacja
kraju nie jest dobra, niepoprawne politycznie jest mówienie, że akurat mnie
jest lepiej.
- W ostatnich latach w Polsce rósł nie tylko stopień zaspokojenia potrzeb
ludzi, ale też ich aspiracje - dodaje prof. Andrzej Rychard z PAN i Szkoły
Wyższej Psychologii Społecznej. - Kto wie, czy te aspiracje nie rosły szybciej
od możliwości ich zaspokajania. To dlatego czuliśmy, że jest gorzej, choć
obiektywnie było z roku na rok lepiej. Porównywaliśmy się jednak nie tylko z
sąsiadami z ulicy, ale też z sąsiadami z Europy Zachodniej.
Z drugiej strony Polacy wierzą chyba w swoją zapobiegliwość i
przedsiębiorczość, gdyż na pytanie autorów "Diagnozy" o to, czy
wystarcza pieniędzy na bieżące potrzeby, coraz mniej osób odpowiada przecząco.
W 1992 r. było to 70,6 proc. przedstawicieli gospodarstw domowych; w 2005 r. -
już tylko 37 proc. Ponadto coraz więcej osób przyznaje, że stać ich na
wszystko, bo starają się żyć oszczędnie.
- Widać, że myślenie w kategoriach "jest źle", powoli odchodzi w
przeszłość - mówi prof. Rychard. - Cały czas jednak towarzyszy nam poczucie, że
sukcesy zawdzięczmy samym sobie, swojej przedsiębiorczości, a nie państwu.
Autorzy "Diagnozy społecznej" przepytali też Polaków o to, ile
musieliby zarabiać, by zapewnić sobie satysfakcjonujący poziom życia. Średnio w
Polsce jest to 1453 zł na osobę, o 15 proc. więcej, niż gdy pytano o to samo w
2003 r. Największe apetyty mają ci, którzy już dziś są w lepszej sytuacji -
przedsiębiorcy (1700 zł). Najbiedniejszym, czyli utrzymującym się głównie z
niezarobkowych źródeł (zasiłki), i rodzinom, w których są bezrobotni, wystarczy
około 1000 zł na osobę. Warto zauważyć, że rozbieżności są tu mniejsze niż w
przypadku rzeczywistych dochodów.
Irena Topińska podkreśla, iż Polacy powoli poskramiają swoje apetyty - dochody,
które ich satysfakcjonowałyby, rosną już wolniej. - Ludzie patrzą bardziej
realistycznie, czują, że wyżyją za stosunkowo mniej. To zjawisko potwierdzają
też dane GUS.
• „Diagnoza społeczna” - badania prowadzone od 2000 r. przez Radę
Monitoringu Społecznego przy Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie.
• „Diagnoza 2005” - ankiety robione w marcu 2005 r., próba
reprezentatywna 3858 gospodarstw domowych (12 738 osób), ankiety indywidualne -
8790 członków tych gospodarstw w wieku 16 i więcej lat. 1931 gospodarstw
domowych (5673 os.) brało udział we wszystkich trzech edycjach „Diagnozy
społecznej", we wszystkich ankietach indywidualnych wzięło udział 3211
osób. Główny sponsor - Commercial Union
Patrycja Maciejewicz 06-11-2005,gazeta
wyborcza
|