Chiński Ptak spod Warszawy

Chińskie centrum pod Warszawą daje pracę Polakom, ale chiński towar, zalewający polski rynek, przeraża krajowych producentów tekstyliów

Dwanaście lat temu stało tu kilkanaście budek. Chińczycy sprzedawali w nich piżamy, koszule, rękawiczki. Dziś budki zastąpiły nowoczesne hale. W Wólce Kossowskiej koło Warszawy zbudowano wielkie centrum handlowe z chińskimi wyrobami. Stąd towar wędruje do sklepów i na targowiska w całej Polsce.

Do Wólki Kossowskiej łatwo trafić. Choć wieś jest niewielka, kierują do niej drogowskazy ustawione przy trasie Warszawa – Katowice. Wielkie hale widać z daleka.

– Jest tu centrum chińskie, wietnamskie i tureckie; każde ma własne hale – informuje z dumą napotkany mieszkaniec Wólki.

Pierwsi hale postawili Chińczycy. Obecnie są cztery, a ich łączna powierzchnia wynosi 40 tysięcy metrów kwadratowych. Chińczyków przebili jednak Wietnamczycy. W 2002 roku wybudowali wielką halę, która ma ponad 65 tysięcy metrów. Dla porównania, Centrum Handlowe „Ptak” w Rzgowie pod Łodzią to siedem hal o powierzchni 70 tysięcy metrów kwadratowych.

Chińskie i wietnamskie centrum nie różni się specjalnie od siebie. W każdym znajdują się duże sklepy zapełnione dżinsami, koszulami, piżamami, bielizną, swetrami. Skośnoocy sprzedawcy oczekiwanie na klienta umilają sobie zabawą na komputerze, albo przemykają po halach na hulajnogach. Wszędzie szokują ceny. Nocne koszule w hurcie po 3,70 złotych, dżinsy – 25 złotych, swetry – 14. Zdziwienie wywołują elegancko wyglądające z daleka koszule męskie, za które sprzedawcy żądają... 8 złotych.

Krzysztof Kowalczyk, który produkuje męskie koszule, a potem sprzedaje je w „Ptaku”, nie może zrozumieć, dlaczego chińskie wyroby są tak tanie.

– Oglądałem kiedyś taką koszulę i u mnie musiałaby kosztować około 20 złotych – dodaje. – Te 8 złotych nie pokrywa ceny materiału, a gdzie robocizna, która jest bardzo droga, zużycie prądu, potrzebnego do wyprodukowania koszuli, nie mówiąc już o wynajmie boksu i podatkach?

Chińczyk nie lubi dźwigać

W Wólce Kossowskiej sprzedaje się głównie chiński towar, ale większość handlujących to Wietnamczycy.

– Chińczycy to tylko jedna trzecia sprzedających – mówi pracownica chińskiego centrum, prosząca o zachowanie anonimowości. – Reszta stoisk należy do Wietnamczyków, a kilka zaledwie procent do Polaków, Turków i Hindusów.

Młoda Wietnamka siedzi za komputerem i czeka na klientów. Wokół pełno bluzek po kilkanaście złotych. Dziewczyna każe mówić na siebie Hania. – Studiowałam anglistykę w Hanoi, potem postanowiłam przyjechać do Polski na studia – opowiada. – Polskiego uczyłam się w Łodzi, w studium języków obcych dla cudzoziemców.

Nie myślała o handlu, ale w końcu zamiast na studia, trafiła na bazar. Od pół roku pracuje w Wólce Kossowskiej. – Nie jestem właścicielką stoiska – zaznacza „Hania”. – Znałam język, więc mnie zatrudnili. Sprzedajemy chiński towar.

Młoda Chinka, która nie chce podać swojego nazwiska, także uczyła się wcześniej w łódzkim studium.

– Chińczycy mają duże zdolności językowe – tłumaczy dobrą znajomość polskiego. Twierdzi, że przyjechała tylko pomóc znajomym. Ale to ona prowadzi negocjacje z Polakami, którzy przyjechali po towar. – W Polsce mieszkam już wiele lat, tutaj skończyłam studia – zdradza.

Chińczycy i Wietnamczycy chętnie zatrudniają u siebie Polaków. Mężczyźni są magazynierami i kierowcami, kobiety stają za ladą. Oblicza się, że 60 procent młodych mieszkańców okolicznych wsi znalazło zatrudnienie w centrach handlowych.

– Azjaci dźwigać nie lubią, wolą pograć na komputerze, więc do ciężkich prac biorą Polaków – mówi polska ekspedientka, oglądając się, czy nikt tego nie słyszy.

Gdzie te kontyngenty?

Chińskie centrum daje pracę Polakom, ale chiński towar, zalewający polski rynek, przeraża krajowych producentów tekstyliów. Uważają, że jak tak dalej pójdzie, polski przemysł włókienniczy może upaść.

– Przy takich cenach nie jesteśmy w stanie z nimi konkurować – twierdzi Stanisław Marzec z firmy „Inter mar”, która zajmuje się produkcją dzianin. – Niedawno rozmawiałem z kontrahentem, który odbiera moje wyroby. Mówił, że w „Ptaku” już trzy czwarte towaru pochodzi z importu.

Krajowy rynek tekstyliów robi się coraz ciaśniejszy. Pesymiści uważają, że niedługo w Polsce przestanie się produkować ubrania dla przeciętnych klientów. Zostaną tylko tzw. firmy kolekcyjne, czyli wytwarzające wyłącznie ekskluzywny towar. Producenci uważają, że jedynym rozwiązaniem jest zamknięcie granic dla chińskich wyrobów lub chociaż ograniczenie ich dostępu na polski rynek. Ale odkąd Polska należy do Unii Europejskiej, sama takiej decyzji nie podejmie. W ubiegłym roku Unia, głównie na prośbę Francji i Włoch, które też odczuwają chińską ekspansję, wprowadziła do 2008 roku kontyngenty na wybrane produkty tekstylne z Chin. Są to m.in. swetry, bielizna, spodnie damskie i obuwie.

– Dzięki tym kontyngentom jeszcze jakoś funkcjonujemy – mówi Stanisław Marzec. – Zamówienia klientów są jednak coraz niższe, a wymagania wyższe. Gdy nie trafi się z kolorem dzianiny, nie ma szans, żeby ją potem sprzedać. Nie ma klientów, którzy chcieliby kupić tkaninę taniej, ale bez wcześniejszego zamówienia.

W Wólce Kossowskiej jakoś nie widać skutków ograniczeń, jakie nałożyła Unia.

– Chińczycy wiedzieli o wprowadzeniu kontyngentów i wcześniej zrobili zapasy – wyjaśnia Bolesław Bartnik, wiceprzewodniczący Federacji Związków Zawodowych Przemysłu Lekkiego. – Prowadzimy teraz rozmowy z rządem, jak zapobiec rozpowszechnianiu chińskich towarów. Ma być w tej sprawie powołany specjalny zespół roboczy. To bardzo ważna sprawa, bo chodzi o miejsca pracy dla tysięcy ludzi. Gdy padną zakłady tekstylne, gdzie oni znajdą zatrudnienie?

Nieoficjalnie mówi się też o nieszczelnych granicach i przekupnych celnikach. Ponoć chiński towar napływa do nas m.in. z Turcji i południowych Włoch.

Za miskę ryżu

Chińczycy stosują dumpingowe ceny i tłumaczą, że biznes jest biznesem. Chodzi o to, żeby jak najwięcej sprzedać i zarobić.

Powodów, dla których chińska odzież jest tania, można wymienić kilka. Bolesław Bartnik uważa, że ceny są tak niskie, bo w Chinach państwo w połowie dotuje przemysł tekstylny.

Hannę Zdanowską, dyrektorkę Łódzkiej Izby Przemysłowo-Hand- -lowej, nie dziwią ceny chińskich towarów. Była pięć razy w Chinach i dobrze zna tamtejsze realia.

– Te 3,80 zł za koszulę nocną to dla nich cena z dużym zarobkiem – przekonuje. – Tam obowiązują ceny z zupełnie innej bajki. Bardzo tanie są surowce, nie mówiąc już o pracy ludzkiej.

Hanna Zdanowska opowiada, że my znamy tylko Chiny uprzemysłowione, te od Pekinu po Kanton i Hongkong. Tyle że tam znajdują się wielkie, fasadowe firmy, z nowoczesnymi biurami i maszynami. Prawdziwa produkcja towarów, które za kilka czy kilkanaście złotych można kupić w naszych sklepach, odbywa się w głębi Chin. Tam znajdują się wioski, gdzie nikt bez przepustki nie może się poruszać.

– Taka fabryka to namiot, do którego wstawiono maszyny – opowiada Hanna Zdanowska. – Zatrudnia się tam setki tysięcy najemnych robotników, którzy wędrują w poszukiwaniu pracy. To ludzie bez wykształcenia, bo w Chinach za naukę, nawet w szkole podstawowej, trzeba płacić. By przeżyć, pracują po 12 – 16 godzin za miskę ryżu i miejsce na pryczy. Trzeba również pamiętać, że w Chinach nie ma zasiłków, opieki socjalnej, emerytur. Tymi, którzy nie mogą już pracować, opiekuje się zazwyczaj rodzina. To oczywiście także ma wpływ na niskie koszty pracy.

Hanna Zdanowska zaznacza, że w Chinach produkowana jest też odzież wysokiej jakości. Szyje się tam dla firm o światowej renomie: dla Escady, Armaniego, Bossa.

– Byłam na targach w Kantonie – wspomina. – Towary wystawione są na pięciu piętrach. Na najniższych prezentowane są najefektowniejsze, najdroższe wyroby. Tam nie spotka się Polaków. Im wyższe piętro, tym tańszy towar. Różnica w cenie między pierwszym a ostatnim piętrem sięga 500 procent!

Ostatnie piętro jedzie do Wólki Kossowskiej.

Czy pewnego dnia dzisiejsi polscy kupcy z Tuszyna i Rzgowa z pocałowaniem ręki przyjmą pracę u chińskiego właściciela? A może zdarzy się cud i praca w Chinach zdrożeje?

4 lutego 2006, Anna Gronczewska, Dziennik Łódzki

powrót

Federacja Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych Przemysłu Lekkiego

Plac Zwycięstwa 13, 90-047 Łódź